Najnowsze notki

***151***

  • Napisane 28 Styczeń 2012 o 12:23

Grrr napisałam notkę i mi zeżarło. ;/

Jest dobrze i niedobrze. Moje l-4 z przeznaczeniem głównie „odpoczynek” jakoś się nie sprawdza. Fizycznie i owszem wyspana jestem bardziej, wypoczęta, lepiej się czuję. Ale to też zasługa 4 miesiąca ciąży (chyba).
Psychicznie „praca jakby trochę mnie dogoniła w domu”. W tym sensie, że Młody jeszcze nie do końca zdrowy, mój Tato też nie całkiem, Teściowa chora, Teść też coś podłapał, a Babcia od wczoraj leży w szpitalu z obustronnym zapaleniem płuc i poważnym osłabieniem serca.
Wiadomo bywa lepiej i gorzej. Mobilizuję wszelkie siły, żeby w razie czego pomóc komu i gdzie będzie trzeba.
Coś feralny ten początek Nowego Roku. :/

Z innej beczki.
Bycie na codzień w domu mobilizuje mnie kulinarnie. Ciasto o którym wspominałam upeiczone. Wczoraj chcąc zjeść coś na co na codzień brak czasu wymyśliłam sobie kluski na parze nadziewane konfiturą z jagód. Pierwszy raz zrobiłam i już wiem, że nie ostatni. Wyglądały w przedprodukcji o tak:

Smakowały tak wybornie, że zdjęć po ugotowaniu nie zdążyłam zrobić.

Przy okazji Antoś wykazał zainteresowanie kuchennymi sprzętami. Popodglądał mnie i sam zabrał się za własną produkcję. Szkoda, że niejadalną.

DOPISANE PO POŁUDNIU: To tak. Ekhm Jakby było tego mało moja mama ma zapalenie nerek (prawdopodobnie) lub jakiś piasek w nerkach i dostała kolki (mniej prawdopodobnie). Efekt – wizyta u lekarza, antybiotyk i zakaz siedzenia :D

***150***

  • Napisane 24 Styczeń 2012 o 19:28

Gorączka sobotniej nocy dzisiaj odpuściła. Przyplątał się do Antosia niezbyt miły w odsłuchu kaszel. Nasz Chłopczyk zbyt wiele sobie jednak z tego nie robi i szaleje od rana z podwójną energią. Mnie jakoś ciężko za nim nadążyć. Za stara jestem, czy co? Przez to chwilami trudno się nam dogadać. Raz słychać moje:
- Antosiu bo zaraz zacznie mama warczeć ze złości.
A po chwili Antosiowe:
- Idę sobie. Jest mi smutno. Obraziłem się na Ciebie.
I tak to na bardzo miłych chwilach przeplatanych naszym chwilowym obrażaniem się minął nam kolejny dzień.
Muszę tu pochwalić Boniaka, który nasze FOCHY i foszki znosi bardzo dzielnie. Ba, wczoraj nawet wyprasował całą stertę rzeczy, która jakoś nie mogła się na moje wolne i chętne ręce.

Dzisiaj odwiedzili nas Dziadek i Babcia z pieskiem Abi. Antoś przeszczęśliwy. Dostał całą reklamówkę prezentów. M.in. śliczny komplet plastikowych szklaneczek i talerzyków, które czym prędzej poprzydzielał domownikom i od tej pory czeka mnie jedzenie i picie z zastawy ozdobionej połówkami pomarańczy.
Mnie trochę przykro, że na stole zagościła tylko kupna piaskowa babka. Jakoś nie mogę się zmobilizować do upieczenia ciasta, choć w zasadzie bardzo lubię. Dziwne, co nie?

Donoszę także, że ja i Groszek czujemy się już całkiem dobrze. Dobiegł końca pierwszy trymestr. Jak sobie próbuję przypomnieć jak to było w poprzedniej ciąży to muszę przyznać, że póki co jest lepiej. Mniej mdłości, mniej trudnych dni. Za to moooocne zmęczenie.

Przed momentem mi chłopcy wrócili z maleńkich zakupów. Stukają do drzwi. Otwieram. W drzwiach, w półmroku stoi Antoś z dłuuugą skrzynką:
- Kupiłem sobie długaśny autobus – wyznaje z rozbrajającą szczerością.
- Nie dało się inaczej – dodaje Boniak. – W przeciwnym razie nici byłyby z zakupów. Wracając w samochodzie Antoś patrząc za okno wyznał – dodaje mąż – „Patrz tata jaka betoniara, ale nic to. Mam swój autobus i już nic mnie więcej nie interesuje.”
No i jak tu nie kochać małego Smyka.
Swoją drogą czerowny przegubowy jest całkiem fajny.

***149*** Marzenia – te duże i te maleńkie

  • Napisane 23 Styczeń 2012 o 11:30

No to tak. Marzyłam sobie, że jak do tej pory będę sobie z Antosiem drzemała rano do 7-mej. A w ciągu dnia postaram się wszystkie domowe obowiązki wspólnie z nim wykonać, żeby wieczorem móc poczytać, obejrzeć jakiś film, względnie pójść wcześnie spać. Ech…
Kilka dni temu Młodemu pojawiła się na plecach podejrzana wysypka. Ni to pogryzienia komara, ni to pokrzywka. Do niczego toto nie podobne. Poza swędzącymi chrostkami nic więcej nie dolegało Antosiowi. Do wczoraj. Wczoraj nam zagorączkował. Dzisiaj obudził się chrypiąc i pokasłując. Szczęśliwie po lekach jest na chodzie i bawi się wesoło. Wymaga za to ode mnie stałej niemal bliskości, a w chwilach pogorszenia samopoczucia muszę Kruszka tulić i głaskać po pleckach. No i tego tak – moje plany póki co wzięły w łeb. Piję hektolitry herbaty z sokiem malinowym, albo z czarnej porzeczki, żeby siebie i Groszka uchronić przed choróbskiem. Dopiero trzy tygodnie temu doleczyłam się z poprzedniego. Mam wrażenie, że jakoś ciagle mamy pod górkę. Taką niewielką, ale jednak.

***148***

  • Napisane 20 Styczeń 2012 o 19:50

Po dzisiejszych dolegliwościach i nadal nie najlepszym samopoczuciu, a także po wizycie u mojej Gini i rozmowie z przełożoną i szefową, mam L-4 na dwa tygodnie, żeby trochę dojść do siebie i dotrwać szczęśliwie do drugiego trymestru. A także z systemu 12-sto godzinnego przechodzę na 8-mio godzinny za to codzienny. Trudniej będzie z pewnością babciom i dziadkom, którzy będą bardziej „obciążeni” Antosiem, ale za to popołudnia będziemy mieć razem w trójeczkę w domu i będziemy mieć bardziej regularny przebieg dnia. Liczę, że to pomoże i uda się szczęśliwie i radośnie przeżyć tą naszą drugą ciążę.
A teraz idę leżeć, odpoczywać i spać.

***147*** Dylemat ciężarno-domowo-zawodowy

  • Napisane 19 Styczeń 2012 o 21:23

Tak właśnie. Mam ogromny dylemat co do tego czy pracować nadal i wciąż, czy może pójść na zwolnienie w tej mojej/naszej ciąży. Słyszę dużo głosów za i równie dużo przeciw. Sama mam mętlik w głowie.
Bo z jednej strony tyle kobiet w ciąży normalnie pracuje, bo „ciąża to nie choroba”, bo jak pójdę to moje koleżanki z pracy będą musiały chyba nocować w firmie, żeby się ze wszystkim wyrobić i „obstawić” godziny, bo za kilka miesięcy kończy mi się umowa i mogę potem zostać bez przedłużenia (czyt. wolna bezrobotna z dwójką małych dzieci – nie żadne tam macierzyńskie, wychowawcze, czy co bądź). A jeszcze jak mówię Boniakowi – jak zacisnę zęby (ewentualnie ścisnę pośladki ;) ) to na pewno jakoś dam radę.
Z drugiej strony ogarnąć system pracy 12-godzinny (z dojazdem 13,5 godziny), jako tako ogarniać dom i 3 letnie pełne energii i nie sypiające w południe dziecię, do tego nie dosypiać nocami bo albo biegam do toalety, albo Tosiek się budzi i mnie też budzi w stanie 10 tygodniowym błogosławionym (tym razem mało mdłościowym za to ogromnie potrzebującym snu i wypoczynku wszelakiego) jest mi nadzwyczaj trudno. Niby udaje mi się mobilizować i jako tako funkcjonować, ale…
No właśnie. Wczoraj mój organizm sie zbuntował. Wstałam po 5tej rano, zebrałam się, przygotowałam rzeczy do pracy i rzeczy dla Antosia do dziadków. Szkrabka obudziłam kilka minut przed 6tą i walcząc z jego sennością udało nam się o 6:20 zasiąść w samochodzie. Około 7:00 odstawiłam Dziecię do dziadków i sama o 7:30 dotarłam do pracy. Od 8:00 młyn taki, że nie wiadomo kto co i gdzie, po co i właściwie dlaczego teraz. Około 12:30 znalazłam wreszcie moment aby zejść z posterunku i zjeść UWAGA, UWAGA śniadanie (bo rano jestem w stanie wypić tylko kubek kakao inaczej jest mi niedobrze). Pora ta jest dosyć zwyczajna dla śniadaniowej chwili w pracy, choć dla ciężarnej, która wstała o 5tej jednak trochę już późna. Ale wcześniej zwyczajnie nie ma na to szans. Wraz z odprężeniem przyszedł ból głowy, który towarzyszył mi raz bardziej dokuczliwy raz mniej. Około 17:00 nasilił się tak, że nie bardzo wiedziałam co mam ze sobą zrobić. Pracuję do 19:30 ale wczoraj nie dałam rady. Od bólu głowy robiło mi się raz słabo, raz gorąco. Do tego mdliło tak, że w końcu wylądowałam w toalecie. Myślałam że jeszcze jakoś minie i dotrwam, ale w końcu poddałam się. Szefowa na szczęście bez słowa pozwoliła wyjść wcześniej (dobrze, że było nas na dniówce tyle, że wiedziałam, że dziewczyny sobie świetnie poradzą). Miałam dylemat czy w takim stanie wracać samej samochodem, ale do Boniaka nie udało mi się dodzwonić. Wsiadłam w Biedronkę i całą drogę modliłam się aby tylko dojechać (ostrożnie i w jednym kawałku) do domu. Dwa razy miałam po drodze ochotę zatrzymać się, wysiąść i rozpłakać z bólu i bezsilności. Udało się. Jak dojechałam tak w domu padłam. Najpierw miałam bliskie spotkanie z muszlą toaletową, a potem gdy mimo polegiwania w łóżku nic się nie poprawiało, zażyłam paracetamol, który Boniak przyniósł od mojej mamy. (Jak dobrze, że rodzice są tuż tuż obok). Chyba po godzinie kryzys minął i wrociłam do świata żywych. Dzisiaj rano jeszcze pobolewał mnie brzuch i czułam się wymiętoszona po całej akcji, ale już jest dobrze. i jutro znów dzielnie idę do pracy. Jednak do głowy mam wbite, że jak tylko taka historia się powtórzy to wątpliwości i wszelkie „ale” na bok.
Boniak powiedział mi dzisiaj jedną mądrą rzecz, że nie ważne ile godzin się pracuje, tylko jak się pracuje. I coś w tym jest, bo mam poczucie, że praca na 8 godzin, praca w której można sobie w dowolnej chwili wyjść do toalety, przymknąć na chwilę oczy, odetchnąć, czy dozować – to zrobię dzisiaj, ale tamto mogę zostawić sobie na jutro – byłaby zupełnie do przejścia. Ale obsługiwanie przez 12 godzin pacjentów w rejestracji, odbieranie stale dzwoniących telefonów, bieganie między gabinetami, dbanie o to by wszystko było jak należy, by działało jak w szwajcarskim zegarku, gdzie tak naprawdę nie decyduje się samemu kiedy będzie chwila luzu by zejść na przerwę, a gdy już ta przerwa przychodzi je się na stojąco wolną ręką porządkując dokumenty, by wykorzystać maksymalnie czas – to dla niedospanej kobiety w ciąży jest trochę zbyt wiele. Albo może ja z jakiegoś szlacheckiego rodu jestem i wydelikacona jestem po prostu ?!

No to tak. Wyżaliłam się :D I trochę mi lepiej na sercu.

Z innej beczki – znajoma zrobiła mi usg – takie na szybko, żeby tylko zobaczyć się pierwszy raz z małą Fasolką i zerknąć jak się ma małe serduszko. Serduszo ślicznie łopotało ;) a Groszek od czubka głowy do „siedzenia” ma 3,8 cm. I jest cudowny!!!
Antoś oznajmił ostatnio:
- Ja nie chcę dziewczynki. Przecież ja nie lubię małych dziewczynek. Wolę braciszka.
I podtrzymuje swoje zdanie przy każdej okazji. A my chyba chcielibyśmy, żeby to była mała księżniczka. Zobaczymy kto będzie bardziej zadowolony hihi.

***146***

  • Napisane 14 Styczeń 2012 o 18:19

Spadł wreszcie upragniony przeze mnie śnieg. Spadł i co najważniejsze nie zniknął po kilku godzinach. Dzisiaj po śniadaniu poszliśmy rodzinnie poszaleć w białym puchu. Nie straszne nam było, że warstwa niewielka, że wieje zimny wiatr, że śnieg trochę mokry i szybko mielismy przemoczone rękawiczki. Rzucaliśmy się śnieżkami, przetestowaliśmy małe nartki Antosia, które dostał pod choinkę, poszaleliśmy na sankach i jabłuszku na przydomowej górce, podłubalismy w śniegu łopatami i wydeptaliśmy cały ogrom ścieżek w ogrodzie. Było cudnie!!! Śnieg jakby współradował się z nami i nadal za oknem sypie tak, że jutro znów w planach zimowe wariactwa.
Mnie – rodzinnego śpiocha w ostatnich dniach – cieszy bardzo to, że rano za oknem jest o wiele jaśniej i podobnie popołudnie jakby dłuższe. Co bardziej pozytywnie nastraja mnie do działania. Nadal jednak czuję się ospała, zmęczona i przeleżałabym w łóżku jakiś tydzień albo dwa. Niestety już we wtorek muszę wracać do pracy po kilkudniowej przerwie. I przyznaję, że na samą myśl ogarniają mnie nieprzenikniony mrok. Brrrr. Ktoś ma jakąś dobrą radę?
  Domowo choć to dopiero trzeci miesiąc, gdybamy jak przemeblować nasze dwupokojowe mieszkanko, głównie sypialnię, aby i nam i dzieciom było dobrze. Czeka nas zakup szafy na rzeczy Antosia. Swoją dotychczasową komódkę odstąpi bowiem nasz smyk małemu Groszkowi. Ciągle i wciąż powraca temat „jak fajnie by było mieć jeszcze jeden pokoik”. Może kiedyś tam.

***145***

  • Napisane 6 Styczeń 2012 o 15:30

Nie chce mi się nic pisać. Mam mdłości, chce mi się ciągle spać i ogólnie nic mi się nie chce – a trzeba czasem coś w domu ogarnąć i nawet do pracy pójść i popracować trzeba. No i takie tam, tego.