Tak właśnie. Mam ogromny dylemat co do tego czy pracować nadal i wciąż, czy może pójść na zwolnienie w tej mojej/naszej ciąży. Słyszę dużo głosów za i równie dużo przeciw. Sama mam mętlik w głowie.
Bo z jednej strony tyle kobiet w ciąży normalnie pracuje, bo „ciąża to nie choroba”, bo jak pójdę to moje koleżanki z pracy będą musiały chyba nocować w firmie, żeby się ze wszystkim wyrobić i „obstawić” godziny, bo za kilka miesięcy kończy mi się umowa i mogę potem zostać bez przedłużenia (czyt. wolna bezrobotna z dwójką małych dzieci – nie żadne tam macierzyńskie, wychowawcze, czy co bądź). A jeszcze jak mówię Boniakowi – jak zacisnę zęby (ewentualnie ścisnę pośladki
) to na pewno jakoś dam radę.
Z drugiej strony ogarnąć system pracy 12-godzinny (z dojazdem 13,5 godziny), jako tako ogarniać dom i 3 letnie pełne energii i nie sypiające w południe dziecię, do tego nie dosypiać nocami bo albo biegam do toalety, albo Tosiek się budzi i mnie też budzi w stanie 10 tygodniowym błogosławionym (tym razem mało mdłościowym za to ogromnie potrzebującym snu i wypoczynku wszelakiego) jest mi nadzwyczaj trudno. Niby udaje mi się mobilizować i jako tako funkcjonować, ale…
No właśnie. Wczoraj mój organizm sie zbuntował. Wstałam po 5tej rano, zebrałam się, przygotowałam rzeczy do pracy i rzeczy dla Antosia do dziadków. Szkrabka obudziłam kilka minut przed 6tą i walcząc z jego sennością udało nam się o 6:20 zasiąść w samochodzie. Około 7:00 odstawiłam Dziecię do dziadków i sama o 7:30 dotarłam do pracy. Od 8:00 młyn taki, że nie wiadomo kto co i gdzie, po co i właściwie dlaczego teraz. Około 12:30 znalazłam wreszcie moment aby zejść z posterunku i zjeść UWAGA, UWAGA śniadanie (bo rano jestem w stanie wypić tylko kubek kakao inaczej jest mi niedobrze). Pora ta jest dosyć zwyczajna dla śniadaniowej chwili w pracy, choć dla ciężarnej, która wstała o 5tej jednak trochę już późna. Ale wcześniej zwyczajnie nie ma na to szans. Wraz z odprężeniem przyszedł ból głowy, który towarzyszył mi raz bardziej dokuczliwy raz mniej. Około 17:00 nasilił się tak, że nie bardzo wiedziałam co mam ze sobą zrobić. Pracuję do 19:30 ale wczoraj nie dałam rady. Od bólu głowy robiło mi się raz słabo, raz gorąco. Do tego mdliło tak, że w końcu wylądowałam w toalecie. Myślałam że jeszcze jakoś minie i dotrwam, ale w końcu poddałam się. Szefowa na szczęście bez słowa pozwoliła wyjść wcześniej (dobrze, że było nas na dniówce tyle, że wiedziałam, że dziewczyny sobie świetnie poradzą). Miałam dylemat czy w takim stanie wracać samej samochodem, ale do Boniaka nie udało mi się dodzwonić. Wsiadłam w Biedronkę i całą drogę modliłam się aby tylko dojechać (ostrożnie i w jednym kawałku) do domu. Dwa razy miałam po drodze ochotę zatrzymać się, wysiąść i rozpłakać z bólu i bezsilności. Udało się. Jak dojechałam tak w domu padłam. Najpierw miałam bliskie spotkanie z muszlą toaletową, a potem gdy mimo polegiwania w łóżku nic się nie poprawiało, zażyłam paracetamol, który Boniak przyniósł od mojej mamy. (Jak dobrze, że rodzice są tuż tuż obok). Chyba po godzinie kryzys minął i wrociłam do świata żywych. Dzisiaj rano jeszcze pobolewał mnie brzuch i czułam się wymiętoszona po całej akcji, ale już jest dobrze. i jutro znów dzielnie idę do pracy. Jednak do głowy mam wbite, że jak tylko taka historia się powtórzy to wątpliwości i wszelkie „ale” na bok.
Boniak powiedział mi dzisiaj jedną mądrą rzecz, że nie ważne ile godzin się pracuje, tylko jak się pracuje. I coś w tym jest, bo mam poczucie, że praca na 8 godzin, praca w której można sobie w dowolnej chwili wyjść do toalety, przymknąć na chwilę oczy, odetchnąć, czy dozować – to zrobię dzisiaj, ale tamto mogę zostawić sobie na jutro – byłaby zupełnie do przejścia. Ale obsługiwanie przez 12 godzin pacjentów w rejestracji, odbieranie stale dzwoniących telefonów, bieganie między gabinetami, dbanie o to by wszystko było jak należy, by działało jak w szwajcarskim zegarku, gdzie tak naprawdę nie decyduje się samemu kiedy będzie chwila luzu by zejść na przerwę, a gdy już ta przerwa przychodzi je się na stojąco wolną ręką porządkując dokumenty, by wykorzystać maksymalnie czas – to dla niedospanej kobiety w ciąży jest trochę zbyt wiele. Albo może ja z jakiegoś szlacheckiego rodu jestem i wydelikacona jestem po prostu ?!
No to tak. Wyżaliłam się
I trochę mi lepiej na sercu.
Z innej beczki – znajoma zrobiła mi usg – takie na szybko, żeby tylko zobaczyć się pierwszy raz z małą Fasolką i zerknąć jak się ma małe serduszko. Serduszo ślicznie łopotało
a Groszek od czubka głowy do „siedzenia” ma 3,8 cm. I jest cudowny!!!
Antoś oznajmił ostatnio:
- Ja nie chcę dziewczynki. Przecież ja nie lubię małych dziewczynek. Wolę braciszka.
I podtrzymuje swoje zdanie przy każdej okazji. A my chyba chcielibyśmy, żeby to była mała księżniczka. Zobaczymy kto będzie bardziej zadowolony hihi.
Kontynuuj czytanie ***147*** Dylemat ciężarno-domowo-zawodowy